Bieszczadzkie nostalgie

Czerwcowy weekend w Bieszczadach

Zapowiadałem, że o tym napiszę –https://ckdoradztwo.pl/gdzie-jest-obajtek/

Na początku zeszłego tygodnia wróciłem z przedłużonego weekendu w Bieszczadach – 80 km i 4200 m wzniosu, z plecakiem w 3 dni – także w deszczu.

Rzetelnie „pochodzone”, o czym już informowałem.

W Bieszczady wyznaczane Połoninami, Tarnicą czy Bukowym Berdem, a więc okolice Wetliny czy Ustrzyk Górnych wróciłem po bardzo wielu latach.

Wygodnie dojeżdżając samochodem z Wrocławia i przemieszczając się nim do wybranych przez siebie wcześniej punków startu w każdym dniu wędrówki.

Oczywiście trasy były tak zaplanowane aby tworzyły zamknięte kręgi – ten sam punkt startu i powrotu.

Punkty te były oparte o wyznaczone przez BdPN parkingi – oczywiście płatne (opłaty raczej nie są symboliczne).

Wszystko zaplanowane – również posiłki.

Inspirujące z nazwy było, zabukowane również wcześniej, stałe miejsce noclegowo-wypadowe – „Donikąd” – apartament. Tu też nie było przypadku.

Jako doświadczony wędrowiec, wyposażony w różne gadżety i odpowiedni strój na każdą okazję w górach, minimalizowałem ryzyka, szczególnie te związane z deszczową pogodą.

Cóż skoro jest gore-tex, to trzeba go używać. To też…

Donikąd – dekady wcześniej

W Bieszczadach pierwszy raz byłem jeszcze jako nastoletni licealista. Z Arturem dojechaliśmy, historycznym pociągiem relacji Szczecin – Przemyśl, z Wrocławia do Birczy.

Oczywiście do samej Birczy, wybranej dość przypadkowo jako miejsce spotkania z 3 uczestnikiem naszej przygody Markiem, dojechaliśmy pewnie stopem lub PKS-em (jedyny wówczas oficjalny przewoźnik). Chyba…

Kilka dni oczekiwania nad potokiem, spania w namiocie i „raczenia” się bardzo nielicznymi i byle jakimi konserwami poszło na marne. Marek nie dojechał.

Kilka dekad później będąc na pogrzebie jego Ojca – dobrego nauczyciela matematyki, a przez życiową chwilę dyrektora liceum do którego uczęszczałem, z okolicznej płyty nagrobnej przebiła się zaskakująca dla mnie informacja. Marek już od pewnego czasu nie żył.

Z Arturem sami pojechaliśmy więc do Ustrzyk Dolnych i tam na dworcu nie mając żadnych konkretnych planów i pomysłów – siedząc na dwustronnej ławce – „zapoznaliśmy” jeszcze 2 takich samych „zagubieńców”. Nie pamiętam już ich imion.

Szybko podjęliśmy decyzję o wspólnym wędrowaniu. Im dalej od ludzi tym lepiej. Im głębiej w las tym ciekawiej. Im bardziej pierwotnie tym …taniej. To były nasze główne i może jedyne zasady.

Wędrując, przez kilka dni w otoczeniu pierwotnej przyrody, nie tylko nie natknęliśmy się na siedziby ludzkie, ale nikogo nie spotkaliśmy na naszym szlaku.

To były nasze bieszczadzkie ścieżki.

Przeżycia i wrażenia zostały mi na wiele lat. Również uczucie strachu jakim się którejś z nocy samo-napędzaliśmy nad jakimś leśnym stawikiem.

Czterech młodych gniewnych skupionych w jednym namiocie przez całą bezsenną noc, czuwających i trzymających jak najbliżej siebie wszystko czym można ugodzić nadchodzącego intruza (zjawę).

Intruza, którego sami stworzyliśmy, snując poprzedniego wieczora różne opowieści. Od UPA do spirytyzmu.

Schodząc w końcu do siedzib ludzkich rozbijaliśmy się swoimi namiotami z innymi takimi jak my. Były ogniska, gitara, śpiewy… Tam uczyłem się tekstów Stachury.

Tekstów śpiewanych w zasadzie wszędzie i mieszanych z piosenkami harcerskimi i Kaczmarskim.

Tekstów zapisanych na kartkach lub/i w śpiewnikach własnoręcznie zrobionych.

Klimat wówczas dla mnie nowy ale spodziewany. Tak miało być. To były przecież Bieszczady.

Dzikość ale jednocześnie nieopisana wspólnota ludzi z sobą i z przyrodą.

Młodzieńcza przygoda smarkacza zaczytanego wcześniej w książkach Szklarskiego o Tomku Wilmowskim.

Przejście z Ustrzyk Dolnych do Górnych, a także wędrowanie po Połoninach, opierało się na wyznaczanych azymutowo celach.

Nie zawsze trafialiśmy tam gdzie chcieliśmy. Nawigacja GPS-owa? Jeszcze długo o tym nie będzie słychać.

Postój był tam, gdzie była woda i możliwość rozbicia namiotu. Przystanek tam gdzie były widoki lub gdy nie było już sił.

Nie pamiętam czy ktoś z nas robił zdjęcia. Raczej nie. Fotografia cyfrowa? Hmmm

W tamte wakacje spotkaliśmy się jeszcze – tą czwórką – na Mazurach. Czyste wariactwo zapoczątkowane właśnie w Bieszczadach.

Nic 2 razy się nie zdarza

W kolejne wakacje pojechałem także w Bieszczady.

Znowu z Arturem. Tym razem jeszcze z Andrzejem i Kasią.

Była już moją dziewczyną, a później została moją żoną. Nie było nam jednak dane życiowo ze sobą trwać. Z biegiem lat nasze drogi stały się kręte, aż się rozeszły – drastycznie.

To był jednak zupełnie inny wyjazd. Pojawiło się planowanie i odpowiedzialność. Szczególnie z mojej strony. 

Konieczność zaplanowania  tkwi we mnie do dzisiaj. 

Tylko góry były te same. Dalej dziewicze. Szlaki może oznakowane, ale z pewnością nie wyznaczone i otaśmowane, jak to obecnie się zdarza.

Połoniny z jagodzinami były jednak dla nas łaskawie słoneczne…, a kaszanka z kiszonym ogórkiem zjedzona przy jakimś przypadkowym straganie w Ustrzykach – bajeczna.

Pamiętam również przejmującą emocjonalnie mszę, odprawioną na ołtarzu polowym, naprędce zrobionym z drewnianych skrzyń.

Mszę skierowaną do młodych lub bardzo młodych ludzi, którzy gremialnie przyszli z pól namiotowych i zeszli z górskich ścieżek.

Wszyscy jakoś wiedzieli kiedy, gdzie i o której …, a nie było internetu i wszędobylskich telefonów komórkowych.

Obecne Biesy i Czady

Ktoś kto nie posmakował Bieszczad lata temu, bezpowrotnie nie ma już na to szansy. Byłe Biesy i Czady albo odeszły, albo przycichły, albo się zmieniły w inwestorów i organizatorów różnorakich produktów turystycznych.

Koliba i Chatka Puchatka oraz inne schroniska i bacówki, a raczej ich zarządcy umiejętnie wykorzystali środki unijne na ich odnowę i unowocześnienie.

Niestety wraz z elektrycznością prysły różne czary tych miejsc. Miejsca te same, ale duch zupełnie inny. Ogólnoturystyczny.

Infrastruktura turystyczna, oznakowanie szlaków, mapy interaktywne, punkty informacyjno-kasowe i wiele innych z jednej strony wskazują na komercjalizację ochrony przyrody, ale z drugiej na uzasadnioną reglamentację dostępu do środowiska naturalnego i technologizację tego dostępu.

Dzisiejsze Bieszczady to także zaskakująco dobra infrastruktura drogowa i informacja turystyczna.

Również baza noclegowa i gastronomiczna to poziom, który dorównuje najlepiej rozwiniętym turystycznie obszarom naszego Kraju.

Na szczęście nie ma jeszcze apartamentowców i wielopokojowych hoteli marek, których wspominać nie zamierzam.

Sieć handlowa oparła się dominującym dyskontom i nadal polega na rozwiązaniach z rynku tradycyjnego.

Kwintesencją komercjalizacji Bieszczad jest „Bieszczadzka ciuchcia” oraz gondola nad Soliną.

Dzisiaj to przedsięwzięcia gospodarczo-turystyczne na dużą skalę. Chociaż przejazd każdą z nich jest atrakcją godną polecenia.

Lokalnego smaczku dodają waśnie między kierowcami busów obsługujących trasy między Wetliną a Ustrzykami. Jednak dla turysty, który komunikację w Bieszczadach chce oprzeć na takim rozwiązaniu komunikacyjnym nie ma to większego znaczenia. Poza ceną.

Rok temu byłem na szlakach Brytyjskiej Kolumbii, prowincji Kanady pachnącej onegdaj żywicą. Dla wielu dzikiej i nieokiełznanej.

Jednak w ujęciu produktu turystycznego, tak jak nasze Bieszczady, niestety skomercjalizowanej.

Czyżby symbole wolności natury mojego pokolenia, odchodziły w rzeczywistości w niebyt, pozostając jedynie w literaturze i opowieściach oraz bajaniach? A co na to Bieszczadzkie Anioły?

Bieszczadzkie nostalgie, 10 czerwca 2024r.

A za górami wojna

Podobne wpisy

  • Chargeback – z podróży wzięte

    Podróżnik – konsument W trakcie ostatniej mojej podróży uzmysłowiłem sobie, iż uważam się za podróżnika, ale nie podejmuję zupełnie tematów podróżniczych na moim blogu. To fakt. Godniejszych ode mnie exploratorów Świata i zdolniejszych w piórze – celnie oddających przeżycia i doznania – cała rzesza. Skromność zatem naturalnie eliminuje mnie z tej, jakże zacnej, konkurencji. To powód. Przede wszystkim jednak moje podróże ciągle uważam za moje i chęć dzielenia się nimi ciągle jest…

  • KOS – to jest polska sprawa

    Niewolnictwo – film w kinie Kilka dni temu oglądnąłem film „KOS”. Na film Pawła Maślony „poszedłem do kina”. Nie żałuję. Wcześniej, absolutnie zasłużenie, podczas 48 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni „KOS” otrzymał Grand Prix – Złote Lwy. Nagrody otrzymali też: Robert Więckiewicz za drugoplanową rolę męską, Aneta Brzozowska za charakteryzację i Piotr Kmiecik za montaż – oficjalny zwiastun https://www.youtube.com/watch?v=aMUdWhaGM80 „Poszedłem do kina” pomimo, że rzadko tam…

  • Równouprawnienie

    Dzień Kobiet.  Polka w zeszłym roku pobiła rekord świata w ultramaratonie na czas. W Pabianicach uzyskała aż 403 kilometry i 320 metrów. Do tego skończyła bieg minimalnie przed czasem. Na trasie była przez 47 h 53 min i 1 s. Średnio jeden kilometr pokonywała w 7 minut i 8 sekund. Słuchałem wywiadu z Mistrzynią, w którym były kilkakrotne odniesienia do mężczyzn na trasach biegowych i ich zachowań.  Od frustracji po wściekłość, obojętność, czy też odwracanie wzroku, gdy wyprzedza ich Mistrzyni lub…

  • Świadectwo dobrego mężczyzny

    Dramat rodzaju męskiego Kilka tygodni temu, korzystając z zaproszenia, byłem w teatrze. „Dramat rodzaju męskiego”, to sztuka autorstwa Jakuba Tabaczka, w reżyserii Marcina Libery, na którą poszedłem z marszu, tak jakby przypadkowo. Choć doskonale wiem, że w moim życiu nie ma przypadkowości. Z zajawką treści sztuki, zapisaną na programowej ulotce, zapoznałem się już po fakcie. Była jasna i spójna, ale różna od tego co zobaczyłem na scenie. Różna od tego co mnie zaskoczyło w sztuce i intelektualnie zirytowało….

  • Agresja, a kwestia ślimaków

    Rodzaje agresji Zabicie ślimaka w wyniku przypadkowego nadepnięcia nań nie jest działaniem agresywnym. Agresją łowczą będzie zabicie ślimaka, aby przygotować zeń wykwintne danie. Agresją obronną będzie natomiast zabicie ślimaka, aby uchronić sałatę w ogródku. Rozdeptanie ślimaka po to, żeby go zabić, dla przyjemności, w myśl zasady “chłop żywemu nie przepuści” — będzie traktowane jako agresja emocjonalna. „Tak więc spowodowana przez nas śmierć nieszczęśliwego ślimaka może być wynikiem różnego rodzaju…

  • Memento Mori

    Płyta Wielki Post trwa, sentencja memento mori jest więc na czasie, ale tu nie będzie o religii, a o muzyce (tylko czy na pewno). Depeche Mode, po śmierci Andy Fletchera, w składzie Dave Gahan i Martin Gore wydali kilka dni temu, jak się wydaje ostatnią płytę w ich karierze. To właśnie Memento Mori https://www.youtube.com/watch?v=yeNtpqgMjO0 Pomysł na „Memento Mori” zaczął rodzić się na początku pandemii, co zaowocowało piosenkami inspirowanymi bezpośrednio tym okresem. Płyta składa się…